in MAMA, MOTYWACJA

Prosty sposób na dobre macierzyństwo

at
dobre-macierzynstwo

W samolotach bardzo lubię tabliczki z zasadami ewakuacji. Jest na nich wyraźnie podkreślone, że najpierw musimy ratować siebie. Wydawać by się mogło logiczne, że martwe nie będziemy nieść pomocy. Tymczasem my, kobiety, w chwili pojawienia się dziecka własne życie zostawiamy na porodówce i razem z łożyskiem oddajemy do utylizacji. Od dzisiaj już tylko służba na rzecz rodziny i wiecznie do roboty zakasane rękawy. Przyjemność już tylko w marzeniach, wyśniona jak dobro zakazane – od czasu do czasu, z wyrzutami sumienia włączamy rano 5-minutową drzemkę. Ja nie namawiam, by nie być dobrą matką. Ale jeśli chcesz kogoś ratować, najpierw zadbaj o własne przetrwanie. 

Z nami kobietami coś jest bardzo źle. Jesteśmy źle wychowane dla siebie, że już dla siebie nas brakuje – rozdajemy się na prawo i lewo innym, bojąc się wyznaczać granice i głośno mówić, że my też mamy własne potrzeby. Oglądamy się na opinię innych i w oczach innych przeglądamy się za bardzo. Źle żyjemy i nie umiemy w jest dobrze lub umiemy sporadycznie, za rzadko, w punkcie kryzysowym. Odkąd stajemy się matkami, nie dbamy o własne potrzeby. Ktoś nam powiedział, że bycie matką zobowiązuje, ale chyba nie do końca zrozumiałyśmy, do czego.

W moim rodzinnym domu jest takie pomieszczenie, w którym często lądują ubrania, których nikt sobie nie zgarnął zawczasu z suszarki. Bywa, że po kilku godzinach właściciel po nie wróci, a bywa i tak, że przez lata nikt już po nie nie sięga. Moje rodzeństwo wyprowadzało się sukcesywnie, a góra fatałaszków rosła sobie po cichu w tej skrytce. I moja mama postanowiła zrobić z tym porządek. Jednak nie wyrzuciła wszystkiego hurtem do śmieci, pozwalając odejść temu, co przez lata nietknięte było ludzką dłonią. Cały wieczór próbowała znaleźć samotnym skarpetkom ich drugie połowy. Spojrzałam na to i pomyślałam pewnie, że nie chcę tak żyć. Nie chcę parować skarpetek, które ktoś bez żalu olał i popadły dla niego w zapomnienie. Przecież przez palce ucieknie mi coś ważnego. 

Macierzyństwo zobowiązuje

Odkąd stajemy się mamami, nic już nie jest takie samo. Nigdy temu nie zaprzeczę, wszak sama mam syna i wiem, że poprzednie życie nie wróci. I choć czasem, gdy przychodzi piątek, w boku kłuje mnie nie trzustka, a niegroźna zazdrość, nie tęsknię za tym, co minęło. Bo macierzyństwo nie zabrało mi mojego życia, mojego charakteru, moich potrzeb i moich marzeń. Macierzyństwo dało mi motywację, by żyć lepiej. 

Macierzyństwo rzeczywiście zobowiązuje. Czuję to każdego dnia, gdy mój synek nie chce wstać do przedszkola tak samo mocno, jak ja nie mam ochoty wstawać do pracy, a mimo to muszę otworzyć oczy, uśmiechnąć się do niego i zrobić mu śniadanie takie, by urosły mu skrzydła na następne godziny walki z odziedziczonym po matce lenistwem. Chcę czy nie chcę – w moje super dni i w te gorsze muszę go wychować. Stąd nie ma drogi odwrotu – Henio jest i rośnie u mojego boku. Macierzyństwo zobowiązuje mnie do wychowania go na dobrego, empatycznego człowieka, który nie pozostaje obojętny na potrzeby innych. I swoje!

Obraz mojej mamy parującej skarpetki, których jej dorosłe dawno dzieci najprawdopodobniej już nigdy i tak nie założą, nie zniknie mi sprzed oczu jeszcze długo. Nie chcę tak żyć, by nie umieć zamknąć drzwi do zagraconego pokoju mojego syna ze słowami „Ty będziesz żył w tym syfie” i usiąść spokojnie przy wybranej przeze mnie lekturze na wieczór. Nie w tym rzecz, by nie kształtować w dziecku prawidłowych postaw, ale by odpuścić, gdy na pewne rzeczy nie mamy wpływu i zająć się ładowaniem baterii na moment, w którym naprawdę będziemy musiały stanąć na wysokości zadania. Nie chcę zamieniać swojego życia na drogę krzyżową, gdzie kolejne stacje wyznaczają brudna wanna, sterta prania czy nieugotowany obiad. Moje życie to coś cholernie ważnego, a ja nie chcę po latach spojrzeć na siebie i zobaczyć tylko styraną życiem, zgorzkniałą starszą panią, która poświęciła się w imię bliżej nieokreślonej idei.

Moje życie, moje potrzeby, moje wszystko

Kocham mojego syna nad życie. Mogę przyglądać mu się godzinami, podróżować z nim i uczyć się patrzeć na świat jego prostymi oczami. Pewnie, że wiele mu zawdzięczam i jak z niczego innego, cieszę się jego uśmiechem. Ale ja też chcę się uśmiechać. Do niego, do innych, do siebie.

Nie oglądam się już na opinie innych. Wiem, co usłyszę, gdy powiem to głośno, ale wczoraj pod wpływem impulsu kupiłam dla mnie i Henia bilety do Włoch, gdzie w listopadzie spędzimy weekend, bo taką miałam ochotę. Gdy mój syn jest u taty, w mojej pracy wiedzą, że raczej nie będę nazbyt produktywna – od razu dają mi mniej zleceń. To czas dla mnie, bym mogła złapać oddech i oczyścić głowę. Zdarzyło mi się w tych dniach jechać ponad 100 kilometrów w jedną stronę tylko po to, by zjeść pyszną rybę.

Głośno się śmieję, piję piwo i tańczę – tak, jak matce nie wypada. Czytam książki, leżę na hamaku, idę do ulubionej fryzjerki i spędzam tam może o 2 kwadranse więcej niż to konieczne. Studiuję, pracuję w zawodzie, który kocham i nie jestem przyjaciółką dla tych, których nie lubię. Nie zależy mi, by wszyscy mnie lubili. Wyznaczam granice, bo nie chcę udawać, że nie istnieją. A potem najmocniej na świecie przytulam moje dziecko i czuję, jak jego małe rączki obejmują szyję szczęśliwej mamy.

Pamiętam o sobie i o sobie myślę czule.

 

Zapraszam Cię do siebie:
 na fanpage Mamaszka.pl
– na Instagrama Mamaszka.pl

 

Share:

Napisz komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *