in DZIECKO, GADŻETY

Bunt dwulatka: jak sobie z nim (nie) radzić?

at
bunt-dwulatka-nim-radzic

Szczerze mówiąc, przed urodzeniem własnego dziecka pewnie byłam skłonna twierdzić, że bunt dwulatka nie istnieje. Że to taki wymysł nieporadnych rodziców, by jakoś wytłumaczyć swoją nieudolność wychowawczą. Mogłam nawet rzucić jakiś idiotyczny komentarz na temat rezultatów bezstresowego wychowywania dzieci i być przekonaną, że moje dziecko tego nie będzie przechodzić. A potem mój synek postanowił wyłożyć się jak długi na chodniku. W centrum miasta. Raz, drugi… Piętnasty. Trzykrotnie na jednym spacerze.

Chciałabym, żeby końcówka tego wstępu była przerysowana. Chciałabym bardzo, żeby moje dziecko zdążyło się podczas tych wspomnianych spacerów chociaż zmęczyć, przejść kilkanaście metrów, mieć jakiś powód do marudzenia… COKOLWIEK! Tymczasem już po pierwszym kroku postawionym samodzielnie pojawiały się dzikie wrzaski, uparte rzucanie się po chodniku i nadzwyczaj irytujące przelewanie się przez ręce, gdy próbuję postawić go na nogi. Znasz chociaż jedną rzecz z tej krótkiej listy z własnego życia? Zbijam z Tobą piątkę! Obie wiemy, że to tylko wierzchołek góry lodowej, a nasze pełzające po chodniku stworzenie w innych sytuacjach zamienia się w prawdziwego potwora!

I powiem Ci szczerze, że jestem tym zmęczona. Jak diabli! Mam serdecznie dość jego fochów, zmiennych nastrojów i nagłych ataków niezrozumiałego gniewu. A kiedy już sobie tak pomarudzę i próbuję trzeźwo myśleć, dochodzę do jednego wniosku. Jeśli nie chcesz mieć styczności z buntem… nie zostawaj matką. Rodzisz drugiego człowieka, nie zaprogramowanego robota. Dziecko zawsze będzie miało emocje. 

Bunt dwulatka – co to takiego?

Opinia, że bunt dwulatka to wymysł kiepskich rodziców jest dość powszechna. Tymczasem nie znalazłam żadnego psychologa spośród wypowiadających się w Internecie, który by tak twierdził. Zdaniem tych specjalistów okres pomiędzy 18. a 36. miesiącem życia (i oczywiście nie są to sztywne granice, bo rozmawiamy o człowieku) to czas, kiedy dziecko zaczyna orientować się, że ono i mama nie są jedną osobą. Że ono, jako odrębna jednostka, może w jakiś sposób o sobie decydować. Podobno jednak jednocześnie czuje wciąż bardzo silne emocjonalne przywiązanie do rodzica i samo sobie nie potrafi poradzić z tymi sprzecznymi emocjami. Stąd często pojawiają się gniew, krzyk, płacz, rzucanie się po podłodze.

Patrzę na moje dziecko… i ta teoria wydaje mi się bardzo sensowna. Mówi się, że dziecko „testuje cierpliwość rodzica”. A ja przyglądam się mojemu synowi i raczej widzę to tak, że Henio testuje przede wszystkim samego siebie i naszą więź, moje zaufanie do niego. Podejmuje różne samodzielne kroki – od wybrania sobie ubranka do przedszkola, przez próby przejścia w autobusie zbliżającym się do przystanku od fotela do drzwi, aż po stawanie na głowie. W każdym z tych przypadków upewnia się co i rusz, czy patrzę. Można pomyśleć, że robi mi na złość, że to wszystko z przekory i spoglądając w moją stronę, tylko upewnia się, że się wkurzam. A można też podejść do tego tak, że dziecko potrzebuje mojej uwagi, mojego czasu… i mojej wiary w niego, zaufania. 

Idealne dzieci idealnych rodziców

Niedawno mówiłam Ci o sytuacji, kiedy to mijający mnie bezdzietny człowiek skarcił mnie, że „Dzieci to trzeba umieć wychowywać, moje nie będzie siedziało na chodniku!”. I ja mu tego serdecznie życzę. Z całego serca życzę każdemu obecnemu i przyszłemu rodzicowi, żeby jego dziecko nigdy się nie buntowało w ten sposób. Niech ten idealny rodzic ma swoje idealne dziecko. Ja mam egzemplarz zbuntowany i cieszę się tym (kiedy już przechodzi mi zmęczenie), bo wiem, że to właśnie teraz mam doskonałą okazję do ustalenia pewnych granic i zasad.

Jest jedna rzecz, z którą jako rodzicowi jest mi się czasem (no dobra, często) trudno pogodzić. Brak efektu natychmiastowego. Niech ten Heniek już sobie siądzie na tej ziemi, niech ryknie..! Ale jak ja tak przy nim przystanę, wytłumaczę, że dzisiaj nie ma lizaka, bo lizaków codziennie nie jemy, a teraz idziemy na przystanek, to niech on wstanie i idzie, najlepiej uśmiechnięty. CHCIAŁABYM TAK! Tymczasem gość leży nawet pół godziny, czasem wrzeszczy, czasem jak zdarta płyta będzie powtarzał „Nie”, jakby już żadne inne słowo nie istniało i ma w nosie totalnie moje tłumaczenia.

Znasz to? Patrzysz zazdrośnie na inne dzieci, które grzecznie spacerują, trzymając się ręki rodzica, podczas gdy Twoje właśnie 15. minutę rozkłada się jak długie na środku chodnika czy sklepowej alejki? Ja tak właśnie mam. Zazdroszczę, przez chwilę. Ale potem przypominam sobie, że moja konsekwencja da mi rezultaty w przyszłości. Mimo szczerego znudzenia, kiedy Henio w złości rozsypie płatki śniadaniowe po dywanie, siedzę przy nim i czekam, aż zdecyduje się je ze mną pozbierać. Trzy dni temu powtórzył to 3 razy i 3 razy ze mną sprzątał. Wczoraj już tylko raz. Dzisiaj dalej je podjada, ale nie znalazły się już na podłodze. Dlatego mówię, że z buntem sobie (nie) radzimy – bo jeśli nie karcę mojego dziecka, to rezultaty przychodzą wolniej, ale zostają na dłużej. Co więc robię?

Bunt dwulatka u Henia – jak sobie z nim (nie) radzę?

Kiedyś czytałam, że na bunt dwulatka działa hasło „Mamusi jest tak strasznie przykro” – wtedy dziecko miało rzekomo skupić się na pocieszaniu swojej rodzicielki. To pięknie brzmi, ale u mnie nie zadziałało. Początkowo pomyślałam, że mam totalnie nieempatyczne dziecko, wszystko w jego wychowaniu poszło źle, a ja jestem beznadziejną matką. Potem dotarło do mnie, że skoro dziecko nie ogarnia swoich emocji, jak ma rozumieć moje? Sprzedaję mu abstrakcję i dziwię się, że nie rozumie! Zamiast więc stosować metody rodem z podręczników dla rodziców, których nie lubię, postanowiłam dać Heniowi pewnego rodzaju stabilność i pokazać, czym są emocje. Już tłumaczę, co mam na myśli.

Do rozmowy o emocjach wykorzystuję każdą chwilę. Henio ma 2 lata, więc nie siądę przed nim z encyklopedią, by mu to wyjaśnić od a do z. Tymczasem mogę mu spokojnie opowiadać o całym moim dniu, kiedy wracamy z przedszkola. 40 minut drogi na przystanek to dużo, żeby przekazać mu wiedzę o moich emocjach i przeżyciach w przystępnej formie. Mówię mu, że mama jest bardzo zmęczonabo była kilka godzin w pracy. Cieszy się, że go widzi. Jest zła, bo jakaś pani prowadzi psa bez smyczy.

W poznawaniu emocji mojemu synowi pomagają też karty od firmy Kapitan Nauka. To zestaw przygotowany przez Natalię i Krzysztofa Minge – parę doświadczonych psychologów, którzy przede wszystkim sami też są rodzicami cieszącymi się sukcesami trójki swoich dzieci. Z jednej strony na kartach widnieją nazwy emocji i obrazujące je zdjęcie, a na drugiej wyrazy dźwiękonaśladowcze z nimi związane. Dodatkowo, w zestawie znajduje się książeczka, która jest małą ściągawką dla rodzica – znajdziesz w niej nie tylko propozycje zabaw, ale także trochę informacji o tym, jak wpłynąć na prawidłowy rozwój swojego dziecka.

My najczęściej bawimy się nimi tak, że Henio wybiera kartę i razem udajemy, że np. coś nas boli, z czegoś się cieszymy czy jesteśmy czymś rozczarowani. Jest przy tym masa śmiechu! Ja osobiście jednak bardziej lubię te momenty, gdy Henio słucha, jak opowiadam mu o sytuacjach, w których może czuć strach, zachwyt, złość, ulgę czy inne emocje. W książeczce jest więcej propozycji wspólnych zabaw, w tym m.in. propozycje reakcji na czyjeś emocje, która bardzo mi się podoba i myślę, że niedługo zdecyduję się z Heniem podjąć próbę takiej rozmowy. Nie mogę się doczekać, kiedy Henio będzie mówił na tyle dużo, by sam mógł coś zaproponować!

Karty „Emocje” od Kapitana Nauki możesz wygrać na moim fanpage’u oraz Instagramie – śledź uważnie oba konta!

Plan dnia, stabilizacja i konsekwencja

Żeby Henio nie gubił się w swoich emocjach, bardzo ważny wydaje mi się też ustabilizowany plan dnia. Nie ukrywam, że pomaga mi w tym przedszkole. Zanim Henio do niego poszedł i spędziliśmy cały miesiąc ze sobą, Mały częściej wpadał w swoje histerie, był niejadkiem (ale o tym innym razem), grymasił… No, nie było lekko. Dzięki stabilizacji, jak sądzę, nie czuje się zagubiony – to na pewno dobrze wpływa na jego samocpoczucie i daje mu miejsce na poznawanie samego siebie.

Kluczem do sukcesu, moim zdaniem, jest konsekwencja. Jeśli 2 dni z rzędu z uporem maniaka siedziałam przy nim tę godzinę, by pozbierał rozsypane płatki śniadaniowe, nie mogę 3. dnia pozbierać ich sama. Daję mu wtedy jasny sygnał, że on nie musi tego robić. To samo z kupieniem lizaka w sklepie czy wzięciem na ręce, gdy protestuje przeciwko dalszemu marszowi. Wszyscy mi mówili, że ten kawałek drogi do autobusu, który pokonujemy po wyjściu z przedszkola, to za dużo jak na mojego syna. I rzeczywiście – początkowo nie tyle nie dawał rady ze zmęczenia, co po prostu mu się nie chciało. Siadał, rzucał się na ziemię… Bywało różnie, bardzo różnie. Skróciłam poranny spacer, wybierając inną linię autobusową, a wydłużyłam drogę powrotną, kiedy żadne z nas nie musi się spieszyć. Dało mi to czas na cierpliwe przeczekiwanie jego buntu. Dzisiaj tę drogę przechodzi na własnych nóżkach.

Marchewka, nie kijek

To jest najważniejsze! Nigdy nie karzę mojego dziecka. Nie biję, nie szarpię, nie zmuszam. Sama nie lubię, gdy ktoś robi to mi. Moją ulubioną emocją z gry od Kapitana Nauki jest DUMA. Duma z mojego dziecka, które zmienia się na lepsze. I powtarzam to Heniowi – że mama jest z niego dumna, bo przeszedł taki kawał drogi. Bo został w przedszkolu bez płaczu. Bo zjadł cały obiadek. Bo wyrzucił papierek do kosza. Bo grzecznie szedł z mamą za rączkę. Są miliony powodów do dumy, dlaczego więc o tym nie mówić? Dlaczego nie głaskać dziecka z tego powodu po głowie, dlaczego nie brać go w ramiona? Niech wie, że mama widzi jego samodzielność, jego starania, jego postępy!

Tak naprawdę działam na czuja. Daję mojemu dziecku wolność, ale nie pozwalam na wszystko. Wydaje mi się, że daję mu to co najlepsze – swój czas. Na tym etapie jego rozwoju to ja jestem wzorem postępowania – muszę więc wykazać się dużą dozą cierpliwości, a kiedy moje emocje wezmą nade mną górę (wszak jestem tylko człowiekiem): nauczyć się o nich mówić, przepraszać, dużo tłumaczyć. I przede wszystkim… dać mojemu synowi czas na dorastanie. 

 

PS. Na fanpage’u oraz Instagramie odbywa się konkurs! Śledź uważnie – do wygrania karty przedstawione we wpisie!

Wpis powstał we współpracy z marką Kapitan Nauka. 

  • Uwielbiam Kapitana Naukę, pomaga nam w szkole 🙂
    Co do buntu….kochana, ja cię nie chcę martwić, ale mam w domu ośmiolatkę i……jej wcześniejsze „bunty” to był pikuś 🙂 Ale nie martw się, moja córka jest charakterna 🙂

  • Ja mam wrażenie,że jedno dziecko bunt dwulatka przechodzi lżej a drugie trochę gorzej. U nas było pół na pół czasami miałam chęć usiąść i wyć z nie radzenia sobie z małym dzieckiem, które rządzi całym domem.

  • e sama doszłaś do tego jak doradzić sobie z dziecięcymi emocjami ja też często mówie o emocjach swoich a czasami mówie rozumiem pewnie jesteś zły, poczułeś sie niesprawiedliwie potraktowany wiem jak to jest też czasami tak miałam… to zawsze rozładowuje emocje..