W sobotę rano obudziłam się z taką myślą, że czas się ogarnąć. Tak po prostu – wstałam i podjęłam decyzję, że od dzisiaj moje życie będzie dobre. Dla mnie dobre, wygodne, dopasowane. A kiedy czasem coś będzie uwierać, to ja tę drzazgę będę wyjmować i – choć chwilowo kuśtykając – pójdę dalej. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Bo moje życie jest dobre. 

Są tacy, którzy wiecznie narzekają. Nie przeczę, że i ja nadużywam pesymistycznego tonu. Zdarza mi się wpaść w tego kręćka, kiedy wszystko jest złe, życie rozczarowuje, szczęście przytrafia się tylko sąsiadowi, a nade mną wiecznie wiszą czarne chmury. Nie przeczę nawet, że czasem rzeczywiście tak życie mi dokopie, że nie mam siły, żeby wstać. I myślę wtedy o tym, żeby uciec i się poddać, schować gdzieś pod ziemią, gdzie kłopoty mnie nie znajdą i przeczekać. Ale potem…

Ile razy było tak, że już nie dawałam rady? Przez własną głupotę i bezmyślność, a czasem przez ludzką złośliwość zapędzałam się w taki róg, z którego naprawdę nie było wyjścia. Pozostawało zniknąć lub przyjąć na klatę porażkę. I świat się wcale nie kończył. Po porażce nadchodziło dużo chwil, które wspominam z uśmiechem. Dobrych chwil. 

Życie jest naprawdę dobre

Nie sądziłam, że kiedykolwiek znajdę się w tym punkcie swojego życia. Nie przysięga się na chwilę, nie myśli się o porażce, kiedy jest się na szczycie. Człowiek w formie nie spodziewa się kontuzji, wszak – choć nierzadka – nie zdarza się ona jednak każdemu, prawda? Mnie się zdarzyła. Życie wywróciło mi się do góry nogami i uparcie stoi na głowie, a z kieszeni wypadają resztki godności. Zbieram je zawzięcie, nie dając się zniszczyć. Bo wiem, że czeka na mnie coś dobrego. Jak zwykle.

Mogłabym się obrazić na życie. Mogłabym obrażać innych ludzi, którzy maczali w tym palce. Mogłabym sobie wyrzucać, że jestem bezmyślna, nieodpowiedzialna i najgłupsza pośród głupich tego świata. Tylko… po co? 

Nie chodzi o to, żeby zadrzeć wysoko nos i od tej pory patrzeć na świat z góry, ledwie go dostrzegając. Właśnie zacząć świat dostrzegać byłoby dobrze. Bo ten jest naprawdę bardziej nam przychylny niż można by się spodziewać.

Widzieć szklankę taką, jaka jest

Niedawno przez Facebooka przewinął mi się filmik o tym, że dojrzałość polega na widzeniu szklanki takiej, jaką jest. Ani nie do połowy pustej, ani nie do połowy pełnej. Bo czasem bywa tak, że w czymś mamy braki, a w innym zaś nadmiar. Chodzi o to, żeby znaleźć balans, a co możliwe – naprawiać. Umieć nie przejmować się rzeczami, na które naprawdę nie mamy wpływu (lub przejmować się nimi dostatecznie krótko, by żółć nie zalała nam całej duszy). Pracować nad tym, co da się polepszyć. Zmieniać to, co krzywdzi i sprawia, że woda w naszej szklance nie nadaje się do picia.

Może nie jestem dumna ze swojego życia w tej chwili. Może chciałabym cofnąć czas o kilkanaście miesięcy i podjąć kompletnie inne decyzje. Ale czasu nie da się cofnąć. Szansę mogę dać tylko temu, co przede mną. Wykorzystując bagaż pełen doświadczeń z przeszłości dać sobie jeszcze jedną szansę na normalność i szczęście. I jeszcze jedną, i kolejną – tyle razy, ile będzie trzeba.

Uczę się nie żałować. Nawet tych nieprzemyślanych decyzji, niosących za sobą opłakane skutki. Wyciągam z nich lekcje na dalsze życie i idę dalej, wierząc, że będzie dobrze. Może nie dużo lepiej, na pewno nie prościej, ale dobrze. W miarę stabilnie. Spokojnie.

*** Spodobał Ci się ten post?
– Polub go lub udostępnij na Facebooku
– Możesz też polubić mój fanpage lub zaobserwować mnie na Instagramie
– Zostaw po sobie komentarz lub napisz do mnie @ – chętnie poznam Twoje zdanie