Kiedy byłam w liceum, moja karta w bibliotece została zablokowana, bo robiłam notatki na marginesach. Przez kilka miesięcy nie mogłam wypożyczać książek. A jako że czytać kocham, to starałam się bardzo oduczyć tego nawyku, by uniknąć problemów w przyszłości. I próbowałam, wyposażyłam się w notesiki i długopisy, by w razie potrzeby zawsze mieć pod ręką coś do pisania, nawet w autobusie czy tramwaju. Udało się! Oddawałam książki w nienaruszonym stanie, notatki miałam zebrane w jednym miejscu… i wszystko trafił szlag, kiedy sięgnęłam po książkę Konrada Kruczkowskiego „Halo Tato”. 

Mam tę książkę od wczoraj. W ciągu niespełna 24 godzin zdążyłam przeczytać ją dwa razy. Nie wiem, kiedy ostatnio coś takiego mi się zdarzyło. Jechałam wczoraj autobusem, otworzyłam ją i nie było mnie przez godzinę. Nie widziałam przystanków, nie słyszałam ludzi, łzy ciekły mi po policzkach i czytałam historie różnych ojców. Rodziców, którzy mimo niezbyt pewnie wesołych perypetii, nie tracili pogody ducha i byli szczęśliwi. Z każdej strony książki „Halo Tato” mam pół strony własnych notatek. Jestem w takim punkcie życia, kiedy nic tak nie było mi potrzebne, jak właśnie namacalny dowód na to, że życie ma dla nas coś lepszego. Cierpliwości.

„To tylko reportaże!”

Studiuję dziennikarstwo. Kocham słuchać ludzi, uwielbiam spisywać historie. Często jednak słyszę, że przeprowadzanie wywiadów to pikuś. Ot, błahostka, zadać pytania i nagrać czy zapisać czyjeś słowa. Tymczasem ktoś, kto porywa się na znalezienie dobrych historii, staje przed wyzwaniem, któremu niejeden by nie podołał. Ilu mamy ojców w kraju? Strach zajrzeć w statystyki. Konrad w swojej książce opisuje kilku. Historia każdego z nich porusza, daje do myślenia, jest wyjątkowa i szczególna.

Znaleźć dobry materiał, to jak złowić złotą rybkę w wielkim morzu pełnym różnego pływającego dziadostwa. Jest nieco łatwiej, gdy to jednarazowy wyskok, pojedyncza rozmowa, która nie ma tworzyć z innymi pewnego rodzaju całości. Tymczasem Konrad Kruczkowski stworzył pełnowartościową książkę złożoną z historii różnych ludzi, żyjących w różnych światach, mających swoje, różne przecież historie. A wszystkie opowiadają jakby o tym samym…

Jak równy z równym

W tej książce, mimo że przecież Konrad też jest ojcem, nie ma grama oceny. Nie ma wpychania swoich racji, nie ma zbędnych słów, nie ma kreowania sztucznych emocji i epatowania własnymi opiniami. Konrad zachował się jak rasowy dziennikarz, który słucha i wyciąga „mięso” z historii obcych mu przecież ludzi. Chociaż, czy ktoś, kto zgodził się wpuścić Konrada do tak intymnej części życia, jaką jest ojcostwo, jest jeszcze obcy..?

Wydawać by się mogło, że rzeczywiście spisywanie czyichś historii – wszak Konrad nie stworzył tej fabuły od zera – to banał. Łatwizna. Słuchasz, piszesz, jest. A teraz stańmy przed faktami. Jestem właśnie w trakcie przygotowywania wywiadu. Z kolegą z roku, który bardzo aktywnie działa w pewnej organizacji, która robi dużo dobrego. Mamy 50 minut rozmowy, z których musimy wybrać maksymalnie 7. I zrobić to tak, żeby te wypowiedzi zrozumieli wszyscy – nie tylko ci, którzy mają dostęp do całego materiału lub, jak my, znają działalność Mirka. Znaleźć w gąszczu słów te kilka najważniejszych – o rety, to już jest sztuka! I tę sztukę Konrad opanował do perfekcji. 

Jeśli jesteś tutaj, zajrzyj na jego bloga. Warto, obiecuję.

*** Spodobał Ci się ten post?
– Polub go lub udostępnij na Facebooku
– Możesz też polubić mój fanpage lub zaobserwować mnie na Instagramie
– Zostaw po sobie komentarz lub napisz do mnie @ – chętnie poznam Twoje zdanie